Stowarzyszenie Mieszkańców Przedmieścia Zastawia chciało skorzystać z unijnych pieniędzy dzielonych przez Urząd Marszałkowski w Lublinie w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego z tzw. działania „Energia przyjazna środowisku”. Jeśli stowarzyszenie zbierze co najmniej dwudziestu chętnych do zainstalowania kolektorów słonecznych na dachach, to dostanie 85-procentowe dofinansowanie.
Wnioski miały być przyjmowane przez cały październik. Tymczasem na stronach internetowych do 10 października nie było żadnych szczegółów. Gdy się pojawiły, krasnostawskie stowarzyszenie nie mogło wyjść z podziwu, że aż do tego stopnia można utrudnić komuś życie. – Wniosek jest niesamowicie skomplikowany – mówi Stanisław Dębski, sołtys Zastawia. – Czterdzieści stron rubryczek, z tak „prostymi” sformułowaniami jak cross-financing, polityki horyzontalne czy wskaźnik B/C. Dla kogoś, kto nigdy nie zajmował się wypełnianiem takich kwitów, miesiąc to za mało, a my mieliśmy zaledwie niecałe trzy tygodnie!
– Ależ informacja o projekcie była na stronie od marca – protestuje Adriana Iwan, rzecznik prasowy marszałka.
– No i co z tego, skoro przed 10 października na oczy nie widzieliśmy wniosku – odparowuje Dębski.
Skomplikowany wniosek to jeszcze nic. Znacznie gorzej jest z załącznikami. Urzędnicy marszałka wymagają m. in. decyzji środowiskowej. W chełmskiej delegaturze Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska dowiedzieliśmy się, że takowej decyzji nie dostaniemy. Dlaczego? Bo dla kolektorów nie jest potrzebna, a urzędnik, który miałby ją wydać, musiałby się potem gęsto tłumaczyć przełożonym, że wydał decyzję na podstawie nie istniejącego przepisu.
Urząd Marszałkowski domaga się też zaświadczenia z właściwego urzędu, że inwestycja nie szkodzi programowi Natura 2000.
– W przypadku kolektorów słonecznych nie potrzeba zaświadczeń, ale je wydajemy – mówi Krzysztof Czochra, dyrektor wydziału ochrony przyrody i obszarów Natura 2000 Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Lublinie. – Wiemy, że za taki dokument wnioskodawca dostaje kilka punktów więcej.
Dodajmy: za kwit absolutnie niepotrzebny. Te wszystkie dokumenty są niezbędne w przypadku budowy np. potężnej farmy wiatrowej czy zapory wodnej wraz z hydroelektrownią. Dlaczego więc żąda się ich od planujących budowę kolektorów słonecznych? – Ależ nikt nie żąda pozwolenia budowlanego ani decyzji środowiskowej – protestuje Adriana Iwan. – Wymagane jest tylko studium wykonalności.
- Przecież tak jest napisane na stronie internetowej – odparowuje Dębski.
Szukamy. Już samo dotarcie do wniosku jest drogą przez mękę. Bez pomocy specjalistów z Urzędu Marszałkowskiego nie bylibyśmy w stanie znaleźć. W końcu się udało. Na stronie 16 regulaminu konkursu, w podrozdziale „Załączniki wymagane przed podpisywaniem umowy o dofinansowanie projektu” w punkcie drugim stoi wyraźnie: „Ocena oddziaływania na środowisko”. I bez żadnej adnotacji, że dotyczy czegoś lub czegoś nie dotyczy. Żeby było trudniej, to w punkcie trzecim są „Dokumenty dotyczące oceny oddziaływania na środowisko”, w tym wspomniane zaświadczenie w sprawie Natury 2000, ale z adnotacją, że dotyczy projektów infrastrukturalnych. A budowa kolektorów właśnie jest takim.
Jeszcze niżej jest, że wymagane jest pozwolenie na budowę, ale z adnotacją: ”jeśli dotyczy”. Gdzie się dowiedzieć, czy dotyczy? Dzwonimy pod telefony podane na stronie. Gdy przedstawimy, że chodzi o kolektor słoneczny, słyszymy odpowiedź, że powinniśmy dostarczyć pozwolenie na zmianę właściwości budynku. W krasnostawskim starostwie nikt nie słyszał o istnieniu takiego dokumentu! – Jest zmiana sposobu użytkowania budynku, ale to przecież nie to – słyszymy. – Ale jeśli taki nie istniejący dokument może być kluczem do zdobycia pieniędzy, to go... wydamy.
Teraz mieszkańcy Zastawia chcą zdobyć na kolektory pieniądze z tzw. mechanizmów norweskich. Tam jest trudniej niż w przypadku RPO, ale że nie biorą w tym udziału urzędnicy z Lublina, to wymagania są, co prawda okrutne, ale sensowne.
Rafał H. Szostak
« powrót